Zawodniczka Pana Boga

Od ponad pięciu lat nie wyobrażam sobie dnia bez kilkukilometrowego biegu. Zupełnie nie zważam na porę dnia – nie interesuje mnie, że jest piąta rano i muszę zdążyć do pracy, by punktualnie zacząć zajęcia z uczniami, że w domu nie czeka mnie odpoczynek, lecz dalszy wysiłek związany z obowiązkami zawodowo-naukowymi. Cieszę się, że podczas biegu mogę „naładować akumulatory” i porozmawiać z Bogiem. Nie rozczulam się nad sobą. Wychodzę i biegam. Po prostu.

Pogoda również nie gra dla mnie żadnej roli – może wiać silny wiatr, może padać deszcz, śnieg, czy cokolwiek innego. Ba, im gorsze stają się warunki atmosferyczne, tym więcej znajduję w sobie zacięcia i tym bardziej cieszę się na czekające mnie wyzwanie. Wychodzę i biegam. Po prostu.

Na samym bieganiu się jednak nie kończy, trenuję różności. Co tu dużo mówić – sport jest moja pasją, której daję się ponieść każdego dnia. Ale jest też czymś, co współgra z wiarą, co pozwala mi lepiej doświadczać Boga i kształtować nie tylko mięśnie, ale również duszę.

„To jakiś żart!” – zakładam, że jest to jedna z delikatniejszych reakcji czytelników. Bo niby co ma wspólnego sport z duchowością? Toż to zupełnie inna kara kaloszy…

Czyżby?

Zawsze byłam wytrwała i uparta. No dobrze, w gimnazjum przechodziłam lekki kryzys, ale czy jest ktoś, kto go nie doświadczył na tym etapie życia?

Za to w liceum swoją pracowitością i wytrwałością mogłam zawstydzić niejednego Niemca. Nie istniało dla mnie słowo „niemożliwe”, zawsze udało mi się osiągnąć to, co chciałam. Ale przyszedł moment, gdy poczułam, że powoli się „wypalam”. Syndrom burn out w liceum – nieźle… I choć w dalszym ciągu odnosiłam sukcesy, to zaczęłam sobie zdawać sprawę, że jestem u kresu sił. Powiedziałam sobie, że albo zmienię swoje życie, albo ono zmieni mnie. Niekoniecznie na korzyść… Czy brzmi to dla Ciebie znajomo?

Kluczowe okazało się oczywiście nawrócenie, czyli wyzbycie się najpierw wiary dziecięcej, polegającej na magicznym postrzeganiu rzeczywistości, a później młodzieńczego buntu przeciwko wszystkiemu i wszystkim, by w końcu odkryć, że Bóg jest najwyższym DOBREM i stopniowo zacząć budować dojrzałą, autentyczną wiarę. Bez metanoi, czyli zmiany sposobu myślenia, niemożliwe jest prawdziwe życie. Możesz się buntować, możesz się śmiać, ale wiedz, że wiara jest zagadnieniem fundamentalnym i prędzej czy później staniesz wobec takich okoliczności życiowych, które zmuszą Cię do podjęcia decyzji, w co chcesz wierzyć i czy w ogóle chcesz wierzyć. Nie uciekłam od tego ja, nie uciekniesz od tego i Ty.

„Ach ci katolicy, to tylko o tej wierze…” – słyszę ciągle i uśmiecham się z pobłażaniem. Nie, nie tylko. Wiara wiarą, ale człowiek to dusza i ciało. Jedno nie rozwinie się prawidłowo bez drugiego. Możesz całe dnie odmawiać różańce, ale jeżeli zaniedbasz siebie, to nie myśl, że pozostanie to bez skutku dla Twojego zdrowia (nie tylko fizycznego). I nie myśl, że Twoja pobożność (?) spodoba się Panu Bogu. To działa zresztą w obie strony. Jeżeli nie będziesz robił nic innego, jak tylko budował mięśnie na siłowni, to również będziesz nieszczęśliwy, bo Twojej duszy nie wyrzeźbi żaden, najlepszy nawet przyrząd do ćwiczenia… Złoty środek – oto przepis na sukces, który znali już starożytni filozofowie…

Sport pozytywnie wpłynął na moje ciało, kondycję i zdrowie, to jasne jak słońce. Ale zrobił coś jeszcze – dokończył mój rozwój duchowy. Przesada? A gdzie tam! Bo kiedy robisz ósmą tabatę z rzędu, albo biegniesz 6 km w upale, to musisz podjąć decyzję – albo zaciskasz zęby i nie zważasz na ból, dalej robisz swoje, albo się poddajesz. Musisz się określić (!). Ja akurat lubię wysiłek, lubię czuć jak rwą mi mięśnie, po prostu lubię się porządnie zmęczyć. Mimo wszystko przyznaję, że czasem coś mnie kusi, żeby „na chwilkę odpocząć”. Jednak natychmiast biorę się w garść i daję z siebie wszystko. Być może różnisz się ode mnie, nie lubisz wysiłku i związanego z nim bólu. Ale na to też jest rada – w trakcie uprawiania sportu chyba głupio będzie Ci nieustannie robić sobie przerwy, skoro ludzie patrzą, prawda?

Wiara i sport wywróciły moje życie do góry nogami. Już nie jestem zahukaną i wystraszoną dziewczyną, lecz odważną i pewną siebie kobietą. I mimo tego, że moje życie kręci się wokół Kościoła i aktywności fizycznej, nie zaniedbuję innych sfer życia. Mało tego, przybywa mi obowiązków, z których wywiązuję się błyskawicznie i które są spełnieniem moich marzeń. Bo jak mówią psychologowie, im więcej na siebie bierzesz, tym więcej zdołasz zrobić.

Tak więc w obliczu trudności nauczyłam się zaciskać zęby i iść dalej przed siebie. Mam tu na myśli wszystkie sfery życia, również tę religijną. Weźmy taki przykład – jest już noc, czas zamknąć książki oraz laptopa i powiedzieć tym wszystkim arcyważnym wordowym dokumentom „dobranoc”. No i się zaczyna: „Kurcze, Panie Boże, ja już nie mam siły, padam na twarz, taki krótki pacierz tylko zmówię, wybaczysz mi, prawda?” Ale zaraz potem przychodzi opamiętanie: „A właśnie że nie!” Bo tak jak mogę zacisnąć zęby przy ósmej tabacie z rzędu, tak mogę zacisnąć zęby przed obrazem Pana Jezusa i wziąć do ręki, dajmy na to, koronkę do Ducha Św. I zapewniam Cię, że już w trakcie modlitwy przychodzi zadowolenie, ukojenie i oczywiście poczucie wstydu: „Jak ja w ogóle mogłam tak pomyśleć?”

Nic nie nauczy Cię tak szybko i tak skutecznie pokory oraz wytrwałości jak sport. W dodatku cechy te są pożądane wszędzie – począwszy od rynku pracy skończywszy na życiu religijnym. I nic nie doda Ci takiej pewności siebie i poczucia sprawstwa jak sport. A jeżeli wysiłek fizyczny połączysz z modlitwą, to będziesz mógł góry przenosić. A jaką radość poczujesz!

I jeszcze coś – aktywność fizyczna zbliża ludzi. Nawet bieganie, które jest raczej sportem indywidualnym. Uwielbiam te momenty, gdy mogę pomachać spotykanym na drodze biegaczom. Fenomenalne uczucie, które daje radość na cały dzień! Jednakże odkąd postawiłam na sport grupowy, moje życie zyskało jakiś nowy, nieznany mi dotąd wymiar. Zaczynają dziać się cuda, poznaję fantastycznych ludzi, na których czekałam całe życie.

Aha, i niech mi nikt nie robi wyrzutów, że zamiast wyjść na ulicę ewangelizować bliźnich, beztrosko buduję muskuły na siłowni. Bo przecież „w centrum sportowym nie da się nawracać ludzi”… Bzdura! Wszędzie się da! Nawet na siłowni! I w ogóle nie musisz wymawiać słowa „Bóg”. Wystarczy, że ktoś spojrzy na Twój krzyżyk na szyi i przeanalizuje Twój sposób bycia. Sukces gwarantowany.

Mój wniosek? Nie potrzeba wiele, aby stać się radosnym i pełnym życia człowiekiem. BÓG i sport – to fundamenty, na których powinniśmy budować nasze życie. Reszta jest tylko dodatkiem. Może i pomocnym, ale na pewno nie niezbędnym.

Madame Barbell