„To już jest koniec, możemy iść” – pożegnanie

Zaczęło się od usunięcia konta na Instagramie. Mimo tego, że od dawna czułam zmęczenie wirtualną rzeczywistością, której toksyczności nie przebije nawet najbardziej przetworzone jedzenie, zawsze coś mnie przy niej trzymało. Strach przed  byciem odrzuconym przez społeczeństwo? Ciekawość? Naiwna wiara, że dzięki internetowi można osiągnąć dobrze rozumiany sukces?

Przyszedł jednak moment, że poczułam tak bezbrzeżne zmęczenie tym zgniłym do bólu i niszczącym wirtualnym światkiem, że postanowiłam: odchodzę. I nie mam na myśli wyłącznie Instagrama i bloga… Nie zamierzam wdawać się w szczegóły. Powiem tylko tyle: zmiany, które w moim życiu rozpoczęły się wiosną i jeszcze trwają, nabrały takiego tempa i takiego obrotu, że już nawet nie mogłam postąpić inaczej, jak tylko radykalnie odciąć się od wszelkich głupot. Internet jest zaledwie jedną z wielu…

Koniec z emocjonalnym ekshibicjonizmem. Koniec z ośmieszaniem samego siebie. Koniec z traceniem czasu na głupoty. Jestem dorosłą kobietą, która ma zamiar chronić swej prywatności, pielęgnować życie rodzinne, inwestować czas i siły w karierę zawodową i naukową oraz angażować się w ambitne projekty zamiast tworzyć żałosne notki na bloga, które niczego na tym świecie nie zmienią. Cóż, bawiąc się w blogerkę na pewno nie zostanę pisarką, a już na pewno nie rozwinę się jako pracownik naukowy, czy nauczyciel.

Odchodzę. Jestem zmęczona tymi chorymi czasami, w których rządzi kult ciała oraz przerobionego dziesiątki razy w Photoshopie selfie, i w których każdy ma ochotę stać się gwiazdą, ba autorytetem, poprzez umieszczanie filmików na YouTube. Zatęskniłam za życiem sprzed 2000 roku i swoją postawą udowodnię Wam, że powrót do normalności jest możliwy. I wcale nie tak trudny, jak się wydaje.

Mówię „do widzenia” zarówno własnej głupocie, jak i głupocie współczesnego świata.

Słowa pożegnania kieruję też do pseudo przyjaciół. To, że jestem cicho nie oznacza, że jest ze mną źle. Wręcz przeciwnie. Jeszcze nigdy nie było ze mną tak dobrze. W końcu zaczynam żyć. I nie zamierzam angażować się w relacje oparte na chrześcijańskim, tudzież laickim, akcie miłosierdzia. Czekam na osobę, dla której w końcu będę pierwsza, a nie dla której jestem tylko egzotycznym dodatkiem do nudnej rzeczywistości. I będę czekać na takową nawet do śmierci. Lepiej bowiem być samemu, niż angażować się w toksyczne relacje.

I nie, nie będę wracać do tego, co mnie niszczyło.

Może za to warto powrócić do dawnych relacji, które przez moją głupotę i niedojrzałość nie miały szansy się rozwinąć? Oby nie było za późno…

Madame Iwona Płotka (już od dawna nie „Barbell”)

 

Na koniec zatańczę jeszcze i zaśpiewam:

To już jest koniec, nie ma już nic
Jesteśmy wolni, możemy iść
To już jest koniec, możemy iść
Jesteśmy wolni, bo nie ma już nic…

Robaczek w swej dziurce, jak docent za biurkiem
I pszczółka na kwiatkach, jak kontrol w tramwajach
Tak dłubie i gmera, napisze – wymyśli
Obejdzie wokoło, zabrudzi – wyczyści
I krzaczek przy drodze i brat przy maszynie
Jak noga w skarpecie, jak sprzedawca w kantynie
Kamyczek na polu i strażnik na straży
Lodówka wciąż ziębi, kuchenka wciąż parzy
A po co? A po co? – Tak dłubie i dłubie?
A za co? A za co? – Tak myśli i skubie?
I tak się przykłada i mówi z ekranu
I bredzi latami, wieczorem i rano

To już jest koniec, nie ma już nic
Jesteśmy wolni, możemy iść
To już jest koniec, możemy iść
Jesteśmy wolni, bo nie ma już nic…

To już jest koniec, nie ma już nic
Jesteśmy wolni, możemy iść
To już jest koniec, możemy iść
Jesteśmy wolni, bo nie ma już nic, nie ma już nic, nic, nic!

(tekst: Elektryczne Gitary)

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "„To już jest koniec, możemy iść” – pożegnanie"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karolina
Gość

Pani Iwonko! Ja rozumiem Pani decyzję dotyczącą zamknięcia konta na instagramie, ale nie bloga! Uwielbiam czytać Pani artykuły!