Majowa Odnowa – Wyzwanie nr 3: znajdź swoje życiowe motto!

Pozwól, że dziś zadam Ci kolejne, moim zdaniem niezwykle istotne pytanie, a mianowicie – czy zapadły Ci w pamięci jakieś szczególne słowa, które byłyby dla Ciebie życiowym kompasem, tzn. nadawałyby kierunek Twojej ziemskiej wędrówce, stawiałyby Cię do pionu w chwilach zwątpienia i nie pozwalałyby Ci na zboczenie z obranego kursu? 

Na początek chciałabym podzielić się z Tobą własnymi doświadczeniami. Zimą zachorowałam na… szkarlatynę. Nie pytaj się mnie, jak to się stało, że dorosła kobieta nabawiła się niezwykle rzadkiej w naszych czasach choroby wieku dziecięcego… Jak już pewnie zdążyłeś zauważyć, wiodę dość nietuzinkowy żywot…

W każdym bądź razie: przez 2 tygodnie dogorywałam odseparowana w moim pokoju. W początkowym stadium choroby przeszło mi nawet przez myśl, że w malignie będę musiała spisywać testament i żegnać się z najbliższymi… Nie, w moich słowach nie ma ani krzty przesady. Przez pierwszych kilka dni leżałam w łóżku nieprzytomna z gorączką wynoszącą 39 stopni… O pozostałych objawach paskudnej szkarlatyny wolałabym nie wspominać… Krótko mówiąc – załatwiłam się na amen. Ale cóż w tym dziwnego, skoro ktoś wychodzi z domu o 6:00 rano (z plecakiem dwa razy cięższym i większym od niego), a wraca o 22:00? Taką pogmatwaną zimę miałam… Albo inaczej: taką pogmatwaną zimę sobie zgotowałam…

Błagam – bądź mądrzejszy ode mnie!

Gdy po tygodniu wyczerpującej walki z chorobą poczułam się troszkę lepiej, moje ręce od razu powędrowały w stronę piętrzącego się stosiku nowiutkich książek (jestem niepoprawnym i nieuleczalnym bibliofilem). Pierwszą z nich był poradnik amerykańskiego pastora, Billa Hybelsa, który na ponad 200 stronach dzieli się swoimi wskazówkami odnośnie uproszczania życia. Mimo tego, iż jestem katoliczką, od czasu do czasu lubię sięgać po publikacje naszych braci w wierze – uważam, że nie ma nic gorszego, niż bycie „zafiksowanym” na własnym światopoglądzie i posiadaniu tak zwanych „klapek na oczach”. Przecież obserwując i poznając nowe punkty widzenia, zawsze można się czymś zainspirować, wydobyć ukrytą wśród kamieni, tudzież piachu, perełkę i tym samym wzbogacić swoją codzienność. Czyż nie mam racji?

Wyśmienicie! Cóż za ironia losu! Że też akurat ta książka leżała jako pierwsza! No Iwona, czego jak czego, ale uproszczenia życia to ty potrzebujesz bardziej niż tlenu! – stwierdziłam trochę uszczypliwie, a trochę współczująco wobec siebie samej, wzdychając przy tym ciężko niczym starsza pani, która ma za sobą co najmniej II wojny światowe… Czułam się zblazowana, przybita, zdezorientowana, rozdrażniona, zawiedziona, zmartwiona… Oj, ta litania mogłaby trwać jeszcze długo… Krótko mówiąc: byłam zupełnie zagubiona i nie miałam bladego pojęcia, dokąd zmierzam.

Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że najzwyklejszy w świecie poradnik nie jest czarodziejską różdżką, która w mgnieniu oka rozwiązałaby wszystkie moje życiowe problemy. Nawet ten Billa Hybelsa o wielce obiecującej nazwie Prostota. Jak nie komplikować sobie życia… Stąpam po świecie wystarczająco długo, by wiedzieć, że przemiana ludzkiego serca jest wypadkową następujących działań: pełnego zwrócenia się do Boga, szukania inspiracji w kulturze i mądrych ludziach oraz ciężkiej i wytrwałej pracy nad sobą. Dokładnie w tej kolejności.

Tak jak wiele innych przeczytanych przeze mnie książek, tak też ów poradnik okazał się być po prostu rozsądną pomocą w reorganizacji mojej egzystencji. Pastor uważnie przygląda się wszystkim najważniejszym sferom ludzkiego życia i proponuje mniej lub bardziej odkrywcze rozwiązania mające na celu uproszczenie, a co za tym idzie uporządkowanie naszej codzienności. Przyznam, że po tej lekturze naprawdę zaczęłam porządkować swoje relacje międzyludzkie, finanse, karierę zawodową i pasje… Innymi słowy: Hybels dał mi impuls do metamorfozy i podsunął konkretne i, co ważne, łatwe do wcielenia rozwiązania.

 

Bill Hybels w przystępny sposób dzieli się swoimi doświadczeniami i wskazówkami związanymi z upraszczaniem życia. Jak na Amerykanina przystało, nie stroni od zabawnych anegdot, a jego język jest niezwykle barwny.

 

Wprawdzie cała książka warta jest omówienia, ale na potrzeby niniejszego wpisu chciałabym skoncentrować się tylko na jednym z rozdziałów Prostoty, a mianowicie temu, który został poświęcony wyborowi życiowego motta. Nie na darmo znalazł się on na samym końcu publikacji. Wszak hasło, które ma nas prowadzić przez życie, można wybrać tylko wtedy, gdy doprowadziło się swoją duszę i przestrzeń wokół siebie do względnego porządku. Bo niby skąd mamy wiedzieć, co nas definiuje i do czego dążymy, skoro każdy obszar naszej egzystencji pogrążony jest w chaosie?

Bill Hybels bardzo dużą wagę przywiązuje do życiowego motta. Twierdzi, że jest ono kluczowe, by wieść spełnioną i uporządkowaną egzystencję. Trudno zaprzeczyć tym tezom… Z ogromnym entuzjazmem czytałam jego spostrzeżenia. I zapewniam Cię, że nie była to tylko wina utrzymującego się 2 tygodnie stanu podgorączkowego… Uświadomiłam sobie bowiem coś niezwykle istotnego: Iwona, stąpasz po tym świecie już całkiem długo… I czasami robisz to po omacku. Jesteś osobą wierzącą, mądrą, ale brakuje Ci jakiegoś punktu odniesienia. Czegoś, co utrzyma kurs twojej życiowej wędrówki, czegoś, co nie pozwoli ci spektakularnie upaść. Bo upadki będą się zdarzać – wszak jesteś tylko człowiekiem. Ale chodzi o to, by zminimalizować ich liczbę, niebezpieczeństwo i  Bill Hybels ma rację – potrzeba Ci życiowego motta!

Nagle wróciły mi siły – wyskoczyłam z łóżka jak poparzona i z rozgorączkowaniem zaczęłam zastanawiać się, jakież to motto mogłabym sobie obrać. Tak samo jak Hybels, brałam pod uwagę tylko biblijne cytaty. Uwierz mi – gdy uważnie i z otwartym sercem przeczytasz Pismo Święte, każda inna książka będzie dla Ciebie tylko dodatkiem, ozdobnikiem. Ale to temat na osobny post…

Pastor wypisał kilka stron propozycji z Pisma Świętego, co niezmiernie mnie ucieszyło. Zaznaczyłam sobie kilka, które najlepiej odnosiły się do mnie i mojego życia. Oczywiście nie zamierzałam podejmować decyzji w ciągu 15 minut, jednego wieczora, czy nawet dnia… To tak nie „działa”. Trzeba dać sobie czas – przez parę tygodni lub miesięcy poobserwować siebie i swój los, przeanalizować swoje doświadczenia i uczucia, pomyśleć nad celami, jakie pragnie się zrealizować przed śmiercią…

Po wielu tygodniach porządkowania swego życia i uważnej jego analizie, nastał taki dzień, kiedy moja głowa niejako samoistnie „przywołała” jeden z biblijnych cytatów, a ja poczułam, że to właśnie on najlepiej odzwierciedla charakter mojej egzystencji i że to właśnie on będzie dodawał mi sił do walki o piękne życie. Chodzi o znane słowa z Listu do Filipian:

Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatek. Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia. (Flp. 4, 12-13)

O jakże bliskie memu sercu są te słowa! Może trudno Ci w to uwierzyć, ale jako młoda osoba zdążyłam już doznać właściwie wszystkich rodzajów trudności. Spokojnie, nie byłam torturowana, więziona i Bóg wie co jeszcze… Chodzi o to, że mam bogaty wachlarz doświadczeń, że każda sfera mojej egzystencji została poddana mniej lub bardziej dramatycznym próbom. Przemoc psychiczna (z elementami przemocy fizycznej…) w szkole? Ależ oczywiście! Na wszystkich szczeblach edukacji zmierzałam się z tym problemem. Nawet, o zgrozo, na studiach… Brak jakiegokolwiek szczęścia w przyjaźni i miłości, czyli odwieczna samotność? Chleb powszedni. Społeczne wykluczenie? Jak najbardziej.

Mogłabym wymieniać jeszcze wiele innych nieszczęść, ale (na razie) nie chciałabym się nimi dzielić. Ogólnie rzecz biorąc – mniej więcej do 25 roku życia moim rekwizytem były… chusteczki higieniczne. Nie rozstawałam się z nimi nawet na 5 minut… Każda moja torebka, a nawet każda moja kieszeń wypchana była imponującą wręcz ilością tegoż artykułu higienicznego. Nie chcę nawet myśleć, ile lasów zniknęło przeze mnie z powierzchni Polski, tudzież innych krajów…

Przesadzam? Wcale nie! Od 5 roku życia (czyli wraz z pójściem do przedszkola…), aż do ukończenia 25 lat, KAŻDY mój dzień wypełniony był spazmatycznym wręcz płaczem. Chwil, w których nie wylewałam morza łez było jak na lekarstwo. I już z przerażeniem myślałam, że będę musiała dźwigać ten krzyż Pański do końca mojego marnego żywota, gdy ni z gruszki ni z pietruszki przestałam potrzebować hurtowych ilości chusteczek…

Bo nagle przestałam płakać. Wszelkiego rodzaju trudności, problemy, ba, nieszczęścia przestały wywierać na mnie jakiekolwiek wrażenie. Osiągnęłam taki stoicki spokój, że nawet na wiadomość o odebraniu mi rodziny, mieszkania, wszystkich rzeczy itp. zareagowałabym… wzruszeniem ramion.

Nie zrozum mnie źle – nie chodzi o to, że nie odczuwam już smutku, radości, cierpienia, podekscytowania. Nie chodzi o to, że stałam się wyzutym z emocji robotem. Nie! W dalszym ciągu doznaję całego wachlarzu emocji, ale potrafię nad nimi panować. Nie pozwalam, aby jakiekolwiek uczucie przejęło nade mną kontrolę.

Ale jak to się stało, że we wszystkich sytuacjach potrafię zachować stoicki spokój? Ponieważ na własnej skórze przekonałam się, że Bóg zawsze jest ze mną, że czuwa nad każdym moim krokiem, a nawet, jeśli uparcie postawię na swoim i dokonam złego wyboru, to On natychmiast wyruszy mi na ratunek i wyciągnie mnie z największego nawet bagna.

Nie mam się więc czego obawiać, gdyż wszystko jest pod kontrolą. Piękne i wspaniałe uczucie! To się nazywa prawdziwa wolność!

I jeszcze jedna ważna kwestia – wreszcie zaakceptowałam fakt, że w życiu każdego człowieka są lata chude i tłuste (Rdz 41,1-7.24-27), i że w trakcie przechodzenia przez te pierwsze nie warto, a wręcz nie wolno, podejmować działań mających na celu wyzbycie się trudności. Nie oznacza to, że podczas cięższych chwil mamy siedzieć bezczynnie i nadstawiać losowi przysłowiowy policzek… Zamiast tego powinniśmy pokornie przyjąć wszelkiego rodzaju problemy, „robić swoje” na tyle, na ile jesteśmy w stanie (ani zanadto sobie nie „popuszczać”, ani zbytnio nie przymuszać się do wypełniania obowiązków) i cierpliwie czekać na okres pomyślności.

Kiedyś w obliczu kryzysu za wszelką cenę próbowałam walczyć o lata tłuste, co, jak nie trudno zgadnąć, kończyło się jeszcze większym kryzysem… Teraz wiem, że z pokorą muszę przyjmować wszystko, czym obdarza mnie Bóg i czerpać to, co najlepsze zarówno z okresu świetności, jak i z okresu stagnacji, czy wręcz regresu. Bo właściwie przeżyte lata chude są bazą dla lat tłustych. Bo najpierw musi być źle, by potem mogło być dobrze…

 

Osobiste motto powinno spełniać funkcję życiowego kompasu.

Zadanie na dziś: Zastanów się, czy są słowa, które utkwiły Ci w pamięci i których częste przywoływanie przypominałoby Ci o Twojej tożsamości oraz dodawałoby Ci otuchy i sił do walki z przeciwnościami losu. Nie zmuszam Cię do sięgania po Biblię – szanuję fakt, że możesz być np. osobą niewierzącą. Ale to nie problem! Przecież jest tyle wartościowych i nietuzinkowych książek, filmów oraz… ludzi.

Wypisz sobie 2-3 cytaty, które najbardziej do Ciebie przemawiają, przeanalizuj je, „pochodź” z nimi przez pewien czas i pozwól swemu sercu dokonać właściwego wyboru. Powodzenia!

 

Madame Barbell

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o