Majowa Odnowa, czyli stań się tym, kim naprawdę jesteś – miesięczne wyzwanie z Madame Barbell

Tylko błagam – nie pytaj się mnie, gdzież to ja u licha znowu przepadłam… Prawda jest taka, że nawet nie potrafiłabym Ci udzielić odpowiedzi na to pytanie. Odnoszę bowiem wrażenie, że w ostatnich tygodniach, ba, miesiącach, krążyłam bezcelowo niczym zbłąkana dusza między ziemią a… piekłem. Brzmi strasznie, wiem. Krótko mówiąc – doświadczyłam niewyobrażalnego wręcz cierpienia. Ale coraz dojrzalsza relacja z Bogiem oraz umiejętne doświadczanie tego cierpienia zaprowadziły mnie do dobrych ludzi. A ci dobrzy ludzie podarowali mi tak ogromne pokłady miłości i zrozumienia, że nie mogło to pozostać bez skutku. I oto stał się cud – zostałam UZDROWIONA.

[jeśli nie masz czasu, od razu przejdź do passusu przed P.S.]

Ale jak to?! Tak nagle?! Tak po prostu?! Czy ty kobieto wiesz, ile potrzeba czasu, żeby poradzić sobie ze swoimi problemami, słabościami, rozterkami i Bóg wie z czym tam jeszcze?!

Ha! Tak się składa, że wiem. Przez 13 lat żyłam, a raczej wegetowałam, w Obozie Zagłady. Wiesz, co jest najbardziej zatrważające? Że ja sama zgotowałam sobie ten straszny los… Niepojęte, jak bardzo trzeba się nienawidzić, żeby być dla siebie tak okrutnym, tak niemiłosiernym… Brawo Iwona! Zasługujesz na nagrodę w kategorii najwięksi głupcy w dziejach ludzkości. Drogi Czytelniku, jak zapewne wiesz, w kinematografii rozdaje się co roku Złote Maliny za najgorsze filmy. Nie wiem, jaki jest oficjalny cel tej gali. Zakładam, że powinna ona motywować filmowców i aktorów do wkładania większego wysiłku w swoją pracę. Wobec tego może warto byłoby organizować gale, podczas których odznaczałoby się największych półgłówków? Tak ku przestrodze…

 

Na Złotą Malinę raczej nie mam szans, ale Złotego Osła (mój autorski pomysł) otrzymałabym jako pierwsza…

 

Wróćmy jednak do tematu… Próbowałam różnych sposobów, aby uwolnić się ze szponów mojego zniewolenia. Na próżno…

Cholera, przecież staram się jak mogę, rozpaczliwie szukam rozwiązań – walczę sama ze sobą, proszę ludzi o pomoc, modlę się do Boga! Co jest grane? Dlaczego nie mogę zakończyć tego koszmaru? – takie pytania stawiałam sobie każdego dnia przez 13 lat i w dalszym ciągu zacięcie szukałam klucza, który otworzyłby mi drzwi do wewnętrznej wolności, do uzdrowienia… I co? I nic! Mój koszmar trwał nadal!

Teraz wiem, że ten trud nie był nadaremny. Wykonałam ogrom pracy, który prędzej czy później MUSIAŁ ZAOWOCOWAĆ. Podczas tegorocznego Triduum Paschalnego udało mi się odnaleźć ów drogocenny klucz. W końcu! Po 13 latach rozpaczliwych poszukiwań!

Cieszę się, że ta jedna z najpiękniejszych i najważniejszych chwil mojego życia nadeszła właśnie na Wielkanoc. To moje ukochane święta. Jak zapewne wiesz, uwielbiam też okres Wielkiego Postu, który w tym roku zupełnie nie przebiegał według moich wyobrażeń… Przed Środą Popielcową spisałam sobie w notatniku ambitne postanowienia, pragnąc przeżyć ten błogosławiony czas możliwie jak najlepiej. (Nie)stety moje zniewolenie wzięło górę nad wszelkimi wzniosłymi planami. Starałam się jak mogłam, ale upadałam. Mało tego – moje upadki nigdy przedtem nie były tak spektakularne jak podczas tegorocznego Wielkiego Postu… Odnosiłam wrażenie, że jakieś złe moce uwzięły się na mnie i postanowiły odebrać mi resztki nadziei oraz wszystko, co sprawia mi radość… Byłam załamana – przecież zawiodłam Boga, zawiodłam samą siebie…

Wszystko wskazywało więc na to, że zmarnowałam ten wyjątkowy dla chrześcijan czas… Bóg jednak nie byłby Bogiem, gdyby nie działał w sposób nieszablonowy… W ostatniej chwili postanowił bowiem sprawić mi niespodziankę. Cóż, On zawsze zdąży wyciągnąć mnie z tarapatów… Okazało się, że te wszystkie nieudaczne próby powrotu do życia, które podjęłam w trakcie owych 40 dni, zaczęły przynosić owoc, o jakim nawet nie śniłam, w… Wielkim Tygodniu!

Tak, tuż przed Triduum Paschalnym zaczęły otwierać mi się oczy. Powoli dostrzegałam wszystkie niuanse, które trzymały mnie w szponach zniewolenia. To właśnie te drobnostki miały nade mną największą władzę. Spryciary… Wykorzystywały fakt, że są takie małe i niewinnie wyglądające, a czasami wręcz niezauważalne…

Bezczelne!

Zabrzmi to nieco patetycznie, wiem, ale w tym, co piszę, nie ma ani krzty przesady. Prawdę mówiąc, całe moje życie jest nieco patetyczne i raczej nic nie da się z tym zrobić… Ale do rzeczy: wspomniany na początku tego wpisu drogocenny klucz odnalazłam w Wielki Czwartek. Wiesz, na czym polegał mój problem? Dlaczego tyle lat bezskutecznie walczyłam o wolność? Ponieważ ja wcale nie chciałam zakończyć swojego cierpienia. To znaczy z jednej strony chciałam, a z drugiej nie… Jest takie powiedzenie: Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek… Zachowywałam się dokładnie w ten sposób. Niby pragnęłam uzdrowienia, ale jakaś część mnie stale ciągnęła ku mrocznej stronie…

W ciągu tych 13 lat miałam gorsze i lepsze momenty. Zdarzały się też chwile (a nawet miesiące) dramatyczne. Myślałam, że najgorsze przeżyłam w liceum. Guzik prawda. Najgorsze miało dopiero nadejść…

Ostatnie dwa lata były istną męczarnią, a ostatni rok prawdziwym horrorem. Sięgnęłam dna. Aż wreszcie podczas tegorocznego Triduum Paschalnego zrozumiałam – albo zostawię swoją ciemną stronę, albo się zatracę. Dotarło do mnie, że nie mam wyjścia. Poczułam wstręt do tego, co mnie wewnętrznie zniewalało. Podjęłam decyzję – mówię temu syfowi auf Wiedersehen niezależnie od ceny, jaką będę musiała zapłacić za moją decyzję w najbliższych tygodniach, tudzież miesiącach. Po prostu ZOSTAWIŁAM TO.

Ostatecznie, uzdrowienie przyszło nagle. Niczym w kreskówce zapaliła się w mojej głowie żaróweczka, a na mojej twarzy pojawił się błogi (i nieco głupawy) uśmiech. Wyglądało to mniej więcej tak:

Doprawdy, byłam głupsza niż Goofy… Ale to już nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze, że długie lata błądzenia pozwoliły mi osiągnąć tak wysoki stopień Mądrości, do którego nie doszłabym bez pobytu w piekle…

 

Iwona, ty głąbie i kombinatorze wszechczasów! Nie ma półśrodków! Musisz się zdecydować – albo idziesz na zatracenie, albo bierzesz się w garść i zostawiasz za sobą cały ten syf. Jak? To bardzo proste! Po prostu zacznij żyć! Tak, jak żyłaś jako małe dziecko. Bo w rzeczywistości nic ci nie dolega. Ty sobie to wszystko UROIŁAŚ, Mapecie jeden! – tak mniej więcej brzmiał mój wewnętrzny monolog w chwili powracania do pełni zmysłów…

Właśnie… Wystarczyło powiedzieć sobie, że potrafię z tego wyjść z umiejętnościami i zasobami, które mam, że mogę to zrobić TERAZ, W TYM MOMENCIE. Że sama stworzyłam sobie ten żałosny problem. Że tak naprawdę wszystko jest w porządku. I zawsze było. Eureka…

Piszę enigmatycznie, wiem. Wybacz, ale na razie nie jestem gotowa, by w pełni podzielić się z Tobą moimi doświadczeniami. Dlaczego? Ponieważ cała ta sprawa jest jeszcze zbyt świeża. Moje rany są jeszcze zbyt świeże… Daj mi proszę czas. Kiedyś dojrzeję do tego, by opisać piekło, przez które przeszłam. Chociaż… Może też zdarzyć się tak, że będę chciała zamilknąć… Już teraz proszę Cię o uszanowanie każdej mojej decyzji.

Jeżeli jednak uznam, że warto opisać nietuzinkowe, ale i niesamowicie mroczne 13 lat mojego życia, to na pewno uczynię to na moim blogu. Albo w … jednej z moich powieści! Bo wiesz… Muszę Ci się przyznać, że jestem niedoszłą pisarką – zbiór niemal w pełni gotowych opowiadań leży w szufladzie, a projekty powieści skrzętnie przechowuję w głowie. Spytasz pewnie ze zdziwieniem, dlaczego nie realizuję swoich najskrytszych marzeń. Odpowiedź jest prosta – bo dotychczasowa głupota zabierała mi czas i siły na ich realizację! Jak to mawia moja Mateczka: Głupich nie sieją, sami się rodzą.

A moja Mateczka zawsze ma rację.

Tak więc na razie opisuję swoje przeżycia i doświadczenia w sposób zagadkowy. Wprawdzie mogłabym się powstrzymać od blogowania, ale zależy mi na tym, by nieco nakreślić ci moje szczęście w nieszczęściu. Po co? Ponieważ pragnę Ci powiedzieć, że jeżeli znajdujesz się w podobnej sytuacji, to nie potrzebujesz pomocy Bóg wie kogo i nie musisz robić Bóg wie czego. Jedyne, co powinieneś uczynić, to poczuć OBRZYDZENIE do swojego problemu i pragnąć się od niego ODCIĄĆ. Bez kombinowania! Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka! Albo mówisz swoim syfom Raus! albo oszukujesz samego siebie i dalej brniesz w samozagładę. Chcesz tego?

Tylko że zrobienie tego kroku wymaga czasu… Niezbędna jest nasza wewnętrzna dojrzałość. A tej nie osiąga się z dnia na dzień. Czasami droga jest długa. W moim przypadku trwała ona aż 13 lat… Oczywiście mogę mieć pretensje – do Pana Boga, do siebie samej, do całego świata, że moje cierpienie trwało stanowczo zbyt długo. No i co to da? Znam ludzi, którzy przeżywali wewnętrzne katusze znacznie dłużej. Nie warto się porównywać, bo każdy ma swój własny, niepowtarzalny los. Nic nie dzieje się bez przyczyny – skoro w moim przypadku tortury trwały 13 lat, to znaczy, że muszę się z tym pogodzić, zrozumieć, dlaczego właśnie tyle czasu i… z rozkoszą rzucić się w wir życia, by dokonać rzeczy niemożliwych. Z nawiązką. Bo odnowiona Iwona ma dwa razy więcej siły!

 

I ty nie wstydzisz się o tym wszystkim pisać?

Przepraszam bardzo, a być cieniem samej siebie przez 13 lat to nie jest wstyd? Przecież ludzie widzieli, co się ze mną działo. Mam teraz chodzić i udawać, że wszystko było „cacy”? Że żadne zło w moim życiu nie miało miejsca? Że byłam wiodącą spokojną egzystencję nastolatką i studentką?

Niedoczekanie! Fałsz i obłuda zawsze działały na mnie jak płachta na byka! Nie mam zamiaru być jak większość naszego społeczeństwa, tzn. udawać wiecznie szczęśliwą osobę, wrzucać tylko i wyłącznie radosne foteczki tudzież posty na Fejsa oraz Insta, po czym rzucać się na kanapę i płakać w poduszkę, bo w rzeczywistości wszystko jest nie tak, jak być powinno…

Moi Drodzy: zawsze byłam prawdziwa. I zawsze taka będę. Koniec kropka.

A teraz zapowiedź czegoś fantastycznego: nadchodzi maj. Chyba wszyscy Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że jest to mój UKOCHANY MIESIĄC, na który czekam przez cały rok. Zawsze pragnę przeżywać go najpiękniej jak tylko się da… Innymi słowy – w maju chcę być w pełni człowiekiem. W związku z tym wpadłam na rewelacyjny pomysł: co drugi lub co trzeci dzień będę publikować post, który pozwoli Ci odkryć samego siebie i uporządkować wszystkie aspekty twojego życia: relacje międzyludzkie, życie duchowe, zdrowie, urodę, finanse itd. Stawiam Ci (i sobie samej) miesięczne wyzwanie pod tytułem Majowa Odnowa. Czy jesteś gotów, by odkryć swoje prawdziwe ja i wydobyć z niego, to, co najlepsze?

P.S. Przy okazji chciałabym przeprosić wszystkie osoby, które w ciągu tych 13 lat w jakiś sposób zasmuciłam. Czasami byłam bowiem nie do zniesienia… Wiedzcie jednak, że te moje „humorki” spowodowane były zniewoleniem, że to nie byłam prawdziwa ja… Z całego serca przepraszam! Nie jestem w stanie opisać żalu, jaki teraz czuję. I jaki czułam już wtedy… Obecnie jestem jednak bardziej świadoma swoich błędów, ba, grzechów, więc mój żal jest bardziej dojrzały.

Moja droga, kobaltowo-zielona Natalko – jesteś dla mnie jedną z najważniejszych osób, a ja w ostatnim czasie tak bardzo Cię zawiodłam! Przyjmij proszę moje oficjalne i najszczersze przeprosiny! My, Atomówki, musimy trzymać się razem 😀

Na sam koniec pragnę wyrazić serdeczne podziękowania wszystkim moim Dobrodziejom, jakich spotkałam w ciągu tych (nie)szczęsnych 13 lat, a zwłaszcza w ciągu ostatnich miesięcy. Kochani – bez Waszej Miłości nie miałabym szans pokonać mojego zniewolenia i zacząć odkrywać swojego prawdziwego ja… Szczególne wyrazy wdzięczności należą się moim ulubionym, niezastąpionym i fantastycznym Dominikanom (w pierwszej kolejności takiemu jednemu, z którym dzieliłam gimnazjalną [nie]dolę 😉), Spowiednikom z pobliskiej parafii, Natalce (ile ta kobieta miała cierpliwości! ;D) oraz… Dobrym Duszom z osiedla… Jakkolwiek dziwnie to brzmi 😉

Jutro powitamy maj – najpiękniejszy i najbardziej fascynujący miesiąc w roku. Zbudźmy się w końcu z zimowego snu i zadbajmy o siebie całościowo, by móc zacząć zmieniać otaczającą nas rzeczywistość na lepsze. Niech dzięki nam świat nabierze barw!

 

Madame Barbell

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o