Historia jednego wiersza

Nadeszła jesień, a wraz z nią doskonała okazja do zanurzenia się w świat marzeń i refleksji. Jeżeli masz nieodpartą ochotę na spędzenie dzisiejszego wieczoru w towarzystwie kubka herbaty i miłej lektury, to służę Ci pomocą publikując jeden z moich wierszy.

Chyba nie ma bardziej intymnej formy literackiej od poezji… Nic zatem dziwnego, że tak niechętnie dzielę się swoimi wierszami z innymi ludźmi. Publikowanie opowiadań, esejów czy felietonów przychodzi mi zdecydowanie łatwiej. Tymczasem większość moich wierszy albo latami przechowuję na komputerze w zabezpieczonych plikach (niech Cię to nie dziwi, bowiem mój najmłodszy brat zawsze był administartorem domowego komputera i miał nieograniczony dostęp do wszystkich kont użytkowników i ich plików – brata już dawno w domu nie ma, ale uraz pozostał ;)) albo… palę… To drugie, niebywale drastyczne rozwiązanie wybieram wtedy, gdy nie jestem dosatetcznie zadowolona z własnej “twórczości” (bo w pełni zadowolona nigdy nie jestem…).

Dość już tej zbędnej paplaniny… Pragnę Ci tylko powiedzieć, że moim zdaniem poezja jest najbardziej osobistą i zarazem najbardziej wymagającą dla autora pod względem warsztatu pisarskiego, formą literacką.

Wiersz, który dziś będziesz miał okazję przeczytać, daleki jest od ideału. Napisałam go ponad 4 lata temu, jeszcze jako studentka, a więc osoba zdobywająca wiedzę i umiejętności literackie. Mimo wszystko zdecydowałam się zamieścić go na blogu. Dlaczego? Ponieważ liczę na to, że pozwoli Ci on odkryć jakieś ważne dla Ciebie prawdy. Ja natomiast symbolicznie zamknę pewien etap swojego życia.

Ach, jakże dokładnie pamiętam dzień, w którym przelałam na papier najdroższe mi uczucia… Był koniec maja, czwartek. W Gdańsku panował taki upał, że na uczelnię musiałam założyć letnią, cieniutką sukieneczkę, a mimo to prawie mdlałam z gorąca… Swoją drogą śliczna była ta sukienka – błękitna, zwiewna i w drobne, białe serduszka. Taka w stylu Madame Barbell… Nieważne.

Siedziałam na wykładach, pilnie notowałam słowa moich profesorów, ale marzyłam tylko o jednym – by wrócić do domu, wziąć lodowaty prysznic, zasiąść do biurka i spisać buzujące w moim sercu emocje. Emocje, które komplikowały, ale zarazem upiększały moją rzeczywistość i wzbogacały moją duszę już od mniej więcej 3 lat. Potrzebowałam wewnętrznego oczyszczenia, które mogłam osiągnąć tylko dzięki napisaniu wiersza. Na ostatnich zajęciach, jakimi było kółko literackie dla germanistów, wyjrzałam przez okno – zbierało się na burzę. I na deszcz. A w zasadzie na ulewę… Uśmiechnęłam się szeroko.

I nagle stało się coś niesamowitego – wzorowa studentka zamiast edukować się na  kółku literackim zaczęła ukradkiem spisywać słowa, które same układały się w wiersz i które musiały znaleźć ujście właśnie w tak nieszczęsnych okolicznościach…  Kółko, które zawsze było dla mnie szalenie interesujące, tym razem nudziło mnie niemiłosiernie. Drobnym maczkiem zapełniałam marginesy mojego kołonotatnika i średnio co 15 sekund spoglądałam na zegarek. A gdy wreszcie nadeszła upragniona 16:30, zamaszystym ruchem zamknęłam zeszyt, niedbale wrzuciłam go do torby, szurnęłam krzesłem i wybiegłam z sali. Moja wykładowczyni zdążyła tylko wykrzyknąć z przerażeniem „Frau Plotka…?!” Nie usłyszała jednak niczego więcej od swojej wzorowej studentki poza rozgorączkowanym „Auf Wiedersehen!”…

Do domu nie szłam, lecz biegłam. Po pierwsze, zamierzałam zdążyć przed burzą i ulewą. Po drugie, bałam się, że zanim dotrę do domu, to stracę wenę. I wreszcie po trzecie, nie mogłam doczekać się wieczora, ponieważ miałam wtedy ujrzeć osobę będącą bohaterem mojego nędznego „poematu”…

Drzwi do mieszkania otworzyła mi mateczka. Przeraziła się wyglądu swojej niepokornej córki. Nic dziwnego – byłam cała zziajana i czerwona. „Matko Najświętsza, kto Cię gonił?!” – wykrzyknęła i przybrała bojową postawę ciała. „O raaany, mama! Nikt mnie nie gonił! Ty nigdy niczego nie rozumiesz!” – odpowiedziałam zirytowana, machając przy tym ręką. Zdjęłam tylko buty i czym prędzej zamknęłam się w swoim pokoju zostawiając skonsternowaną mateczkę samej sobie.

Udało się! Lunęło niedługo po moim „wparowaniu” do domu, a weny nie straciłam, dzięki czemu szkic wiersza zyskał swoją ostateczną formę zaledwie w 10 minut!

Przelanie moich niebywale silnych uczuć na papier przyniosło mi olbrzymią ulgę psychiczną. Nie chodzi tylko o to, że tłumienie emocji jest niezdrowe, ponieważ obciąża naszą psychikę i tak dalej… Tu chodzi o coś znacznie bardziej istotnego. Moje serce rozpierała trudna do opisania radość tworzenia. Byłam dumna i przeszczęśliwa, że daję światu (brzmi to nieco zbyt szumnie, wiem) cząstkę siebie, że powołuję do życia jakąś rzeczywistość, że mogę ogłosić wszystkim naokoło swoje szczęście (mimo, że uczucia, jakie żywiłam do tej osoby były czysto platoniczne) i ukazać piękno spotkania.

Właśnie, spotkanie… Tego, co łączyło mnie przez ponad 6 lat z tą osobą nie można nazwać relacją, ponieważ rozmawialiśmy ze sobą zaledwie dwa razy… Mało tego – nawet słowo „rozmowa” jest tutaj nadużyciem… My po prostu dwukrotnie zamieniliśmy ze sobą kilka słów… Tragedia, wiem… I wyobraź sobie, że owa tragedia trwała aż 6 lat… Takie rzeczy tylko u Madame Barbell – specjalistki od wszystkiego, co ekscentryczne i cudaczne.

Wracając jednak do tematu… Uważam, że było to rozciągnięte na wiele lat spotkanie, zetknięcie się dwóch trudnych, albo raczej oryginalnych, osobowości, które nie były dojrzałe, by stawić czoła wyzwaniom rzeczywistości… Czy żałuję tych 6 lat? Absolutnie nie! Żaden inny etap mojego życia nie ukształtował mnie tak bardzo jak ten, który opisuję. To dzięki spotkaniu z X mogłam wydobyć piękno mojej duszy.

Nie wiem, co teraz dzieje się z X. Od wielu (naprawdę wielu) miesięcy w ogóle nie otrzymuję informacji na jego temat, ba, nawet go nie spotykam… Jakby zapadł się pod ziemię. Z kolei ja nie mam już czasu na rozpamiętywanie tego, co było. Zresztą już mi na nim nie zależy… Byliśmy sobie potrzebni  tylko przez określony okres czasu, by dojrzeć, odkryć własną drogę i mieć odwagę nią podążyć. Ale już nie jako „coś”, lecz jako „ktoś”, ponieważ doświadczając całej gamy uczuć wobec bliźniego, osiągnęliśmy pełnię człowieczeństwa.

Na koniec odpowiem Ci na pytanie, które pewnie stawiałeś sobie na każdej lekcji języka polskiego i które pewnie stawiasz sobie czytając niniejszy wpis: “A skąd ja mam do licha wiedzieć, co autor miał na myśli?!”

Dobra wiadomość  – wcale nie musisz, ba, nie powinieneś tego wiedzieć! Niepokoiłabym się, gdybyś znał myśli, życiowe doświadczenia i emocje poety… Znaczyłoby to bowiem, że posiadasz jakieś nadprzyrodzone zdolności … 😉

Więc co robić? Jak żyć? To bardzo proste. Nie zastanawiaj się, co autor pragnął wyrazić kreśląc kilka lub kilkanaście linijek jakiegoś poematu, ponieważ nigdy tego w pełni nie odgadniesz. A nawet jeśli zdarzyłby się taki cud, to czy wiedza o czyimś świecie uczuciowym faktycznie byłaby dla Ciebie aż taka przydatna?

Proponuję Ci więc patrzeć na dany wiersz przez pryzmat własnych doświadczeń i odczuć. Zapomnij o wszelkich schematach interpretacyjnych i kluczach odpowiedzi, które tylko zniewalają, ograniczają i… męczą czytelnika… Zamiast tego naucz się delektować słowami i obrazami, które pojawiają się w Twojej wyobraźni, a nade wszystko spróbuj odkryć tajemnice WŁASNEJ duszy.

Powodzenia!

Madame Barbell

 

P.S. Kurcze, miało być krótko!

P.P.S. Rymy (nie zawsze udane) sprawiają, że wiersz ma dziecinny wydźwięk. Taki był mój zamysł. OK, nic więcej już mówić nie będę…

 

 

Nie musisz się bać

 

Czy szczęśliwą młodość masz?

Powinieneś –

bo nie musisz się bać.

 

Ja modlitwą codziennie ochraniam cię,

patrzę, czy na swej drodze nie gubisz się.

Wzrokiem i uśmiechem daję ci znać,

że nie musisz się bać.

 

Jeszcze więcej powiem ci mój miły –

ja tylko dla Ciebie każdego ranka zbieram siły.

Biorę głęboki wdech, podnoszę ciało me,

bo wiem, że mam o kogo troszczyć się.

 

Kiedyś, zanim ciebie spotkałam,

półmartwa po ziemi stąpałam.

Zabili mnie prawie.

Ciało moje marniało z każdą chwilą,

a duszę dawno już miałam zgniłą.

 

Musiałam się bać.

 

Ale tamtego dnia, w tym miejscu spokojnym,

wonią kwiatów i nadzieją przepełnionym,

ujrzałam ciebie i wszystko zrozumiałam.

 

Zmartwychwstałam.

 

Swoimi czynami udowadniasz mi,

że są na tym świecie jeszcze ci,

którzy zwracają uwagę na to,

gdzie zasieją drogocenne ziarno.

 

Ja chcę, byś na zawsze taki pozostał,

byś twym szlachetnym zadaniom sprostał.

Dlatego co wieczór w myślach proszę cię:

nigdy, przenigdy nie bój się!

 

Ja na ciebie cierpliwe czekam,

pajęczyny Smutku się wystrzegam.

A nawet jeżeli mnie kiedyś odrzucisz,

to wiedz, że nie musisz się bać.

 

Ja słowem cię nie skrzywdzę,

nawet nic złego o tobie nie pomyślę.

Za to sercem zawsze z tobą będę

i moją cichą modlitwą cię wesprę.

 

Ty naprawdę niesłychane szczęście masz,

że w ogóle nie musisz się w życiu bać!

 

by Madame Barbell

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o